Wyprawa na pustynię Gobi

Długo się zastanawialiśmy jak zagospodarować nasz czas w Mongolii. Pierwszy plan był taki, że pojedziemy na północ autostopem, a później prosto do Chin. Jednak mówiąc Mongolia, myślisz o Gobi, dlatego stwierdziliśmy, że skoro już tu jesteśmy, to nie możemy ominąć największej atrakcji tego kraju.

Podróż autostopem przez pustynię raczej nie ma racji bytu, ponieważ jeśli już przejeżdża tamtędy jakiś samochód, to jest nim na 99,9% daz wycieczkowy wypchany po brzegi ludźmi. Można coś kombinować, z dojazdem do najbliższej miejscowości nieopodal Gobi, a później dokupić sobie jakiegoś tripa. My jednak skusiliśmy się na 8 dniowy wyjazd zorganizowany prosto z Ułan Bator.

Ofert takich wycieczek jest w stolicy cała masa i są w różnych cenach. Można wynająć sobie samego kierowcę z samochodem – 40 do 65 $ + oddzielnie płaci się za paliwo. Wychodzi to stosunkowo tanio, jeżeli jedzie więcej ludzi i koszty rozkładają się np. na 4 osoby.

Jest także wiele ofert wyjazdów zorganizowanych, w których w cenę wliczone są: przejazd (kierowca + paliwo), noclegi, wyżywienie i jakieś atrakcje. Tutaj kwoty są na prawdę różne i przeważnie zależne od pazerności organizatora. Wycieczki na Gobi ma co drugi hostel w swojej ofercie, organizują je też biura turystyczne. Właściciel naszego hostelu zaproponował nam wyprawę zanim zdążyliśmy zdjąć z pleców bagaże. Podał cenę 40$ na dzień za samochód z kierowcą, cytując go „można wybrać tą tanią wycieczkę, albo tą dobrą za 70$/os all inclusive”.

Oczywistym jest, że za te pieniądze nie skusilibyśmy się jechać, bo dzienna opłata dla jednej osoby, to tydzień życia dla dwóch beckpackersów. Popytaliśmy i okazało się, że dziewczyna z naszego hostelu wyhaczyła „ten dobry wyjazd”, za dwa razy niższą cenę u konkurencji. 35 $ za osobę/dzień all inclusive, to na prawdę korzystna oferta, dlatego na drugi dzień już pakowaliśmy plecaki do wyjazdu.

Często spotykane jest, że gość, który nie wykupi wycieczki w hostelu nie jest już dobrym gościem. Tak też było w naszym przypadku, stosunek właściciela do nas zmienił się diametralnie. Dziwne, że proponował wyjazdy za taką cenę ludziom, którzy podróżują jak najniższym kosztem i mieszkają u niego w pokojach ośmioosobowych, a później chodził obrażony na cały świat. Słyszeliśmy też o przypadkach, że w sytuacji niewykupienia wyjazdu ludzie byli wywalani z hosteli. U nas na szczęście takie zwyczaje nie były praktykowane 🙂

Wycieczka na Gobi

Dzień 1

Mniej więcej o godzinie 9:00 była zbiórka w biurze organizującym wyjazd. Jak się później mogliśmy niejednokrotnie przekonać, w Mongolii czasu nie liczą, dlatego wyjechaliśmy gdzieś po godzinie 12:00, to tylko nieco ponad 3 godziny poślizgu 😉 W pierwszy dzień właściwie nic specjalnego się nie działo, po drodze zjedliśmy obiad w restauracji, a o 19.00 byliśmy na miejscu pierwszego noclegu, czyli miejscowości Dalanzadgad. Pierwszą noc spędziliśmy w szpitalu, czy też budynku departamentu zdrowia? Jego dyrektorką była nasza przewodniczka i pewnie dlatego tam spaliśmy. Sama miejscowość zupełnie nieatrakcyjna.

Droga do Dalanzadgad

Dzień 2

Na drugi dzień po śniadaniu wyruszyliśmy do Eagle Valley, czyli Orlej Doliny. Sama dolina jest bardzo piękna i mimo, że nie widzieliśmy tam żadnego orła, to krajobraz jest zachwycający. Tam też zjedliśmy obiad przygotowany w plenerze.

Eagle Valley
Do obowiązków naszej pani przewodnik należało również przyrządzanie grupie 3 razy dziennie posiłków. Plusem było to, że na obiad zazwyczaj zatrzymywaliśmy się w jakichś fajnych miejscach. W czasie kiedy ona gotowała, my mieliśmy czas wolny i chodziliśmy sobie po okolicy. Inna sprawa, że na śniadanie, obiad i kolację były same dania obiadowe, opierające się głównie na kozinie i baraninie. Wegetarianie mieli przyrządzane to samo, tylko bez mięsa, a to niestety oznacza jedzenie głównie ziemniaków i marchwi. Po tylu dniach o dwóch rodzajach warzyw, nawet i oni robili sobie dyspensę i jedli nasze potrawy 😛

W drodze na nocleg zatrzymaliśmy się jeszcze w jurcie prawdziwych nomadów, żeby skosztować mleka klaczy. Pierwszy łyk jest wstrętny, ale każdy następny już lepszy 🙂

Tradycyjna jurta Nomadów
Po zakwaterowaniu nasza pani przewodnik, chcąc urozmaicić czas swoim podopiecznym, zabrała nas na ognisko, na którym przygotowała tradycyjną mongolską herbatę z mlekiem. Do gara z 5 litrami gotującej się wody wsypała pół paczki mleka w proszku i wrzuciła jedną torebkę herbaty, tradycja najważniejsza! Wieczorem, do naszej siódemki dołączyła się jeszcze jedna grupa, która w niepełnym składzie towarzyszyła nam już do samego końca.

Dzień 3

Tu już cały dzień upłynął nam na podróży, z małą przerwą na obiad w plenerze. Wieczorem, kiedy dotarliśmy na nocleg zdążyliśmy jedynie pojeździć na wielbłądach. Koszt atrakcji wliczony w cenę wyjazdu.

Dzień 4

Po porannej ulewie, tak na pustyni też pada deszcz, dotarliśmy do wydm Khongoryn Els. Mierzą one do 300 m wysokości i ciągną się ponad 100 km. Mieliśmy tam chwilę czasu wolnego na spacer i podziwianie widoków. Następnie ruszyliśmy w stronę Czerwonego Klifu. Na miejscu mieliśmy być akurat na sam zachód słońca, ale jak to bywa w Mongolii, nic nie idzie zgodnie z planem, więc musieliśmy przełożyć zwiedzanie na następny dzień.

Khongoryn Els, piaskowe wydmy

Dzień 5

Po śniadaniu, wybraliśmy się na Flaming Cliffs. Miejsce piękne i wyglądające trochę jak dużo mniejszy Wielki Kanion w USA 🙂 U miejscowych handlarzy wystawiających swoje produkty przy wejściu do atrakcji, oprócz ręcznie szytego wielbłąda i małej wełnianej jurty, można także kupić „prawdziwą” kość dinozaura. Jest ona najprawdopodobniej, ogryzionym żeberkiem kozy pozostałym po zjedzeniu khorkhoga…

Flaming Cliffs
Wieczorem dojechaliśmy do Ongiiin Khiid. Miejsce pięknie położone, nad rzeką, dookoła góry i masa zielonej trawy, która jest rzadkością na Gobi. Niestety samych zabytków jest tam niewiele, pozostało zaledwie trochę ruin z kilkudziesięciu buddyjskich świątyń.

Ongiiin Khiid

Dzień 6

Cały dzień jechaliśmy do naszego celu. Po drodze, na środku pustyni oczom wszystkich ukazał się wyścig konny, w którym udział brały dzieci. Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zjeść khuushuur i zobaczyć finał.

Późnym wieczorem, z niemałym trudem dotarliśmy chyba do najpiękniejszego miejsca z całej naszej wyprawy- Orkhon Valley. Każdy żałował, że nie możemy tam posiedzieć chociaż kilka dni i upajać się cudownymi widokami. Po kolacji poszła flacha i przyszedł czas na sen, tym razem pierwszy raz przy rozpalonym w jurcie palenisku 🙂

Orkhon Valley

Dzień 7

Po śniadaniu każdy został posadzony na konia, wręczono nam lejce, mała instrukcja jak go zatrzymać i jedziesz przez godzinę. Nieważne, że w siodle siedzisz pierwszy raz… Po przejażdżce godzina wolnego nad Orkhon Waterfall, wodospadem oddalonym od obozowiska 1 km.

Orkhon Waterfall
Po powrocie obiad i w drogę do Karakorum. Starym zwyczajem, na miejsce dotarliśmy niezgodnie z planem, czyli w czasie kiedy wszystko było już zamknięte. Nie pozostało nam nic innego jak zatrzymać się na nocleg, a zwiedzanie przenieść na dzień następny. Ta noc była najpiękniejszą ze wszystkich spędzonych w Mongolii. Niebo było tak przejrzyste, niezanieczyszczone żadnym światłem, ani miejskim, ani księżycowym, że widzieliśmy wszystkie gwiazdy, nawet drogę mleczną. Leżeliśmy całą grupą na ziemi i korzystając z tego, że była to noc Perseidy obserwowaliśmy spadające gwiazdy.

Dzień 8

Ostatni dzień naszej wyprawy rozpoczęliśmy od zwiedzania Karakorum, czyli pierwszej stolicy Mongolii, która obecnie w ogóle jej nie przypomina. Trudno uwierzyć, że kiedyś było to ogromne, wielokulturowe miasto, tętniące życiem, a teraz nie ma nic z dawnej świetności. Po szybkim zwiedzaniu, wizyta w muzeum i powrót do Ułan Bator.

Karakorum
Cała wyprawa była dla nas wielkim niezapomnianym przeżyciem. Składało się na to wiele czynników, zarówno ludzie z naszej grupy, a co najważniejsze cudowne widoki. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak różnorodny krajobraz ma Mongolia. Było to dla nas niemałym zaskoczeniem, że Gobi to nie tylko piach i gdzieniegdzie kawałek krzaka, a kaniony, wodospady, wydmy, góry i wiele by wymieniać. Oczywiście wybierając się na taką wyprawę, trzeba zdawać sobie sprawę, że towarzyszyć będzie również bród, niemożność wzięcia prysznica przez dłuższy czas, a kibelek przez całą wyprawę będzie albo za krzakiem na pustyni (o ile będzie jakiś krzak), albo w najlepszym wypadku drewnianym boksem z zadaszeniem i dziurą w ziemi 3 metrowej głębokości. Jeśli jest się w stanie odpuścić trochę komfortu, to zdecydowanie warto wybrać się w taką podróż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *